Wywiad udzielony czasopismu
"ELITY - Ludzie, Fakty, Kariery, Osobowości" (str. 60,61)
NR 5/2 (6/7) MARZEC-KWIECIEŃ 2002

PIONIERZY KAPITALIZMU


Pierwszą w PRL-u spółkę akcyjną założyli pracownicy Politechniki Warszawskiej na podstawie Kodeksu Handlowego z 1934 roku. Od czasów II Rzeczpospolitej była to też pierwsza w kraju firma, która emitowała własne akcje i miała swoich akcjonariuszy.

Wielobranżowe Towarzystwo Techniczno - Wdrożeniowe Flamal S.A. zostało zarejestrowane w Warszawie w 1984 roku. W okresie najlepszej prosperity w latach 1986-1989 w 15 oddziałach rozrzuconych po całej Polsce, przedsiębiorstwo zatrudniało prawie 800 osób i miało roczne obroty - w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze - rzędu 300 mln rocznie.
Flamal miał swoje zakłady produkcyjne, a także oferował usługi budowlane i zajmował się doradztwem technicznym oraz pracami techniczno-wdrożeniowymi. W trakcie kilkuletniej działalności inżynierowie z tej firmy wprowadzili na nasz rynek kilkadziesiąt nowych, opatentowanych urządzeń elektrycznych i elektronicznych.

 

Zapomniany kodeks

Marek Pilawski, jeden z dyrektorów generalnych Flamalu w 1983 roku, był adiunktem Politechniki Warszawskiej. W uczelni pracował od 16 lat. Z propozycją założenia pierwszej w PRL-u spółki akcyjnej zgłosili się do niego koledzy z pracy: Krzysztof Flakiewicz i Jan Galiński, którzy odkryli, że tego typu firma może powstać na podstawie Kodeksu Handlowego z 1934 roku, który nie został uchylony i miał moc prawną.
- O istnieniu Kodeksu niewiele osób w kraju wiedziało i trudno było zdobyć ten dokument - wspomina Marek Pilawski. - My mieliśmy tylko jeden egzemplarz. Na ksero skopiowaliśmy kodeks w kilku egzemplarzach, aby mogli się z nim zapoznać pracownicy urzędów, w których rejestrowaliśmy działalność. Firma została zarejestrowana i otrzymała zgodę na działalność gospodarczą na terenie całego kraju we wrześniu 1984 roku w Urzędzie Wojewódzkim w Warszawie. Jednak pierwszy oddział Flamalu nie został założony w stolicy tylko w Kielcach.
- Próbowaliśmy w różnych miejscach - mówi były dyrektor. - najbardziej korzystne warunki, tzn. przychylni nam urzędnicy Rady Narodowej, znaleźli się w Kielcach, dlatego właśnie tam wystartowaliśmy. Zarząd towarzystwa miał siedzibę w Warszawie, a oddziałem kierował oddelegowany do tego miasta dyrektor.

 

44 odważnych

W pierwszych miesiącach 1984 roku do spółki dołączyło ponad 40 osób ze środowiska akademickiego - pracownicy Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Warszawskiego. Tym samym została zamknięta lista akcjonariuszy założycieli. Razem było ich 44. Każdy z nich zainwestował w nowo powstałą firmę po 10 tys. zł (w tym czasie była to połowa miesięcznych zarobków). Kwota 440 tys. zł była więc całym kapitałem, jakim dysponował Flamal.
Kielecki oddział firmy działalność rozpoczął od usług budowlanych. W ramach pierwszego zlecenia w jednej z kieleckich szkół pracownicy firmy wyremontowali klatki schodowe i zamontowali ścianki działowe.
- Zaczynaliśmy od robót budowlanych, gdyż były to jedyne możliwe zlecenia, które mogliśmy przyjąć na początku - tłumaczy Marek Pilawski. - w tym czasie firmy remontowo - budowlane otrzymywały od zleceniodawców zaliczki na poczet wykonanej pracy. Dla nas było to ważne, gdyż na początku nasz kapitał był niewielki.
W ramach drugiego zlecenia firma miała wyremontować dach na budynku jednego z kieleckich przedsiębiorstw. Zleceniodawca postawił jednakże jeden warunek - "wypłacimy 2 mln złotych zaliczki, jeżeli zobaczymy, że rozpoczęliście remont."
- Bez tych pieniędzy nie mogliśmy przystąpić do pracy - wspomina Pilawski. - Cóż było robić. Kupiliśmy wiadro, linę, kubeł i trochę smoły. Trzech naszych pracowników ze sprzętem weszło na dach i zaczęło remont. Dopiero wtedy inwestor wypłacił zaliczkę.

 

Flamal nabiera rozpędu

Po półrocznym okresie działalności Flamal otrzymał zlecenie na wykonanie remontu dużego budynku przemysłowego. Po ostatecznych rozliczeniach okazało się, że wstępny kosztorys został zawyżony i zleceniodawca zapłacił o 20 mln więcej niż powinien.
- Oddaliśmy te pieniądze - mówi Pilawski. - Co się wtedy działo? Sprawa odbiła się w kraju głośnym echem - komentowano to w urzędach wojewódzkich i firmach budowlanych. Efekt był taki, że oddział kielecki otrzymał zamówienie na prace remontowo-budowlane z dwuletnim wyprzedzeniem.
Po sukcesach w Kielcach spółka zaczęła tworzyć nowe filie na terenie całego kraju, m.in. w Warszawie, Katowicach, Lublinie, Zielonej Górze, Poznaniu. W sumie powstało 15 oddziałów, które zajmowały się różnorodną produkcją, np. działały tam 4 zakłady produkcji elektronicznej, biuro projektowe i konsultingowe, zakłady budowlane, zakłady mechaniczne, zakłady chemiczne, zakłady produkcji w drewnie. Jednym z lepiej funkcjonujących był oddział w Białymstoku, którym zarządzał dyrektor Jerzy Pszczoła.

 

Techniczne nowinki

Produkcję urządzeń elektrycznych i elektronicznych Flamal rozpoczął w 1984 roku. Najpierw powstał uniwersalny prostownik do ładowania akumulatorów dla stacji obsługi samochodów, kółek rolniczych, POM-ów.
- Do tej pory nie było takiego urządzenia - wyjaśnia Marek Pilawski. - W jednej skrzynce znajdowały się wyjścia na 6, 12 i 24 volt. Pierwsze prostowniki zaczęliśmy produkować w garażu kolegi. W ramach pierwszego zamówienia zrobiliśmy 200 prostowników dla Agromy--Kraków-Batowice. Drugą partię tych urządzeń zamówiła centrala handlowa Techmazbyt. Łącznie wykonaliśmy ponad 1000 takich prostowników.
Z czasem, gdy zaczęły powstawać kolejne oddziały i zakłady, Flamal rozszerzył swoją produkcję do ponad 20 różnego typu nowych urządzeń-prototypów - nowinki techniczne, np. miernik parametrów mikroklimatu w szklarniach, sygnalizatory cyfrowo-akustyczne dla banków, urządzenie do suszenia zawilgoconych elementów betonowych zbrojonych, powstawały w specjalnie powołanym do tego celu Centralnym Laboratorium Badawczo-Rozwojowym "Celbar", którym kierował Ryszard Żukowski. Wszystkie nowe wyroby były opatentowane i miały atesty techniczne.
- Wychodziliśmy z założenia, że najbardziej się nam opłaca produkcja sprzętu, którego na rynku nie ma, a który znajdzie wielu nabywców. Produkowaliśmy głównie dla przedsiębiorstw państwowych.

 

Na budowach w RFN

W 1986 roku w Ministerstwie Handlu Zagranicznego spółka uzyskała koncesję na prowadzenie działalności w zakresie handlu zagranicznego i eksportowych usług budowlanych. Pierwsze zlecenie, za pośrednictwem emerytowanego pracownika centrali handlowej, firma zdobyła w Berlinie Zachodnim.
- Z niemieckim przedsiębiorstwem podpisaliśmy umowę na dostawę kostki brukowej z granitu - wspomina Pilawski. - Kostkę transportowaliśmy z Bydgoszczy drogą wodną - rzekami i kanałami żeglugowymi. Do Berlina wysłaliśmy kilkanaście barek - każda z nich zabierała 500 ton kostki.
Po realizacji pierwszego zlecenia pojawiły się kolejne. Za pośrednictwem Biura Handlowego w Kolonii spółka zdobyła kontrakty na usługi budowlane w okolicach Stuttgartu.
- W ciągu trzech lat zbudowaliśmy tam kilka obiektów przemysłowych - mówi inżynier Pilawski. - W RFN nasza brygada liczyła od 20 do 40 pracowników. Eksport usług budowlanych do Niemiec przynosił firmie 50% zysków.

Akcje spółki

Pierwsze akcje Flamalu pojawiły się w 1984 roku. Były one drukowane na specjalnym papierze w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Spółka wyemitowała siedem pakietów. Wszystkie akcje były imienne, ale były wśród nich także akcje uprzywilejowane, akcje zwykłe oraz akcje gratisowe.
- Każda z nich miała odcinki potwierdzające wypłatę dywidendy - wyjaśnia Marek Pilawski. - Ponieważ w tamtych czasach nie istniał publiczny rynek akcji, musieliśmy stworzyć rynek wewnętrzny. Powołaliśmy Biuro Obrotu Akcjami i opracowaliśmy Regulamin Obrotu Akcjami. Naszymi akcjonariuszmi byli pracownicy firmy oraz ich znajomi. Mieliśmy 162 akcjonariuszy i wydaliśmy 1000 akcji.
Akcjonariusze firmy po trzech latach działalności spółki zaczęli otrzymywać dywidendy.

 

Koniec działalności

Firma zakończyła działalność w 1989 roku. Dlaczego tak się stało, wyjaśnia były dyrektor generalny Flamalu.
- Złożyło się na to wiele przyczyn. Prowadziliśmy wówczas 34 place budów. Kilka z nich wykonywaliśmy na zlecenie PKO BP. Z niewiadomych przyczyn zaczęliśmy tracić te kontrakty. Na rynku zaczęło obowiązywać zbójeckie prawo. Przestała się liczyć solidna robota, a ważny stał się jedynie zysk. Wiele naszych kontraktów podkupiły tańsze firmy, które nie zawsze wywiązywały się z umów. Nie byliśmy przygotowani na taką sytuację. Flamal formalnie istnieje, ale nie prowadzi działalności gospodarczej.